środa, 10 sierpnia 2016

Gruzja - wakacje marzeń i powrót do przeszłości



W tym roku, chcąc odrobinę sprostać swoim ambicjom obieżyświata (haha), a jednocześnie nasycić się słońcem i witaminą D, postanowiliśmy wybrać się na wakacje do ciepłych krajów. Jednym z nich była oczywiście Polska, ale nie chcieliśmy na niej nie poprzestawać. Pojechaliśmy zatem do Gruzji.




U normalnych ludzi wakacje w ciepłych krajach wyglądają tak, że idą do biura podróży, przeglądają katalog i wybierają jedne z super-hiper-all-inclusive wczasów na Maderze, Bali, czy innych Lazurowych Wybrzeżach. A my? My pewnego zimowego dnia, pijąc popołudniową kawę stwierdziliśmy, że w wakacje wybierzemy się do Gruzji, bo to i ciepło, i egzotycznie, i wschodnio, i pięknie, więc znaleźliśmy bilety lotnicze, kupiliśmy je i... tyle. Naszymi pozostałymi przygotowaniami do podróży było kupienie kilku przewodników i mapy kraju, czytanie od czasu do czasu artykułów i blogów na temat Gruzji i kilka pogawędek ze znajomymi, którzy już tam byli. Postanowiliśmy, że nie będziemy planować naszego pobytu tam, tylko spędzimy te dni spontanicznie i na miejscu będziemy decydować co dalej ze sobą zrobimy. Zarezerwowałam więc hotel w Tbilisi na wyłącznie jedną noc, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia po przyjeździe, a pozostała część wyjazdu była wielką niewiadomą, dopóki się nie wydarzyła.

A wydarzyło się całkiem sporo. Pierwsze znajomości nawiązaliśmy tuż po wyjściu z lotniska, kiedy wsiadaliśmy do autobusu mającego zawieźć nas do centrum miasta. Na terminalu wypłaciliśmy gotówkę z bankomatu, mieliśmy więc wyłącznie banknoty. Okazało się, że bilety na autobus kupuje się w stojącym w nim automacie, który przyjmuje wyłącznie monety 1 lari, więc zwyczajnie nie mieliśmy czym zapłacić. Po krótkiej wymianie zdań z kierowcą, w której użyliśmy angielskiego, rosyjskiego, polskiego i mowy ciała, ten machnął ręką na znak, żebyśmy po prostu wsiedli i jechali.
- A kontrol? - zapytałam.
- Ja tu jestem kontrol, jedziemy - odpowiedział. No i pojechaliśmy :)

Mam w zanadrzu wiele takich smaczków, ale musielibyście czytać je cały tydzień, więc oszczędzę Wam ;) Dziś powiem Wam co zobaczyliśmy, a resztę opiszę kiedy indziej (mam nadzieję, że pourlopowa rzeczywistość na to pozwoli).

Pierwszego dnia skupiliśmy się na Tbilisi i odpoczynku po całej nocy spędzonej na lotnisku i w podróży. Weszliśmy na wzgórze Mtacminda, po drodze zaglądając do Kościoła Ojca Dawida (gdzie zasnęliśmy na ławce w kościelnym ogrodzie), a na szczycie podziwialiśmy panoramę miasta. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem była majestatyczna i monumentalna Katedra Świętej Trójcy, więc wybraliśmy się tam popołudniu. Zrobiła na nas ogromne wrażenie - jest ogromna, piękna i bardzo zadbana (a przede wszystkim nowa, bo oddana do użytku w 2004 roku), z pięknymi ogrodami wokół i złotą kopułą widoczną z wielu miejsc w mieście.


Aby dostać się do tego miejsca, musieliśmy przedostać się na drugą stronę rzeki Kury. W centrum zbudowano nad nią kładkę dla pieszych, która sama w sobie jest wielką atrakcją i nawet zyskała oryginalny przydomek. Mieszkańcy i turyści mówią na nią Podpaska, co oczywiście weszło też do mojego słownika, ale w przeciwieństwie do wielu sceptyków tej budowli - ja jestem nią zachwycona! Futurystyczna i ciekawa, pięknie kontrastująca z historią miasta, a do tego w nocy pięknie oświetlona.



Kolejnego dnia wybraliśmy się do Gori. Zamierzaliśmy jechać marszrutką (czyli takim jakby minibusem), ale kierowcy czekający na turystów na dworcu Didube tak nas zakręcili, że w końcu znaleźliśmy się w taksówce. To był jednak dobry wybór, bo kierowca zawiózł nas do Gori (ponad 80 km od Tbilisi), znalazł nam kwaterę, zabrał do Uplisciche (ok. 15 km od Gori), zaczekał na nas godzinę i odstawił do miasta za równowartość 70 złotych. Czasem warto więc nawet dać się zakręcić ;)

W Uplisciche znajduje się starożytne skalne miasto, bardzo rozległe i w całości wydrążone w skale jakieś 7000 lat temu. Można tam znaleźć zarówno zwykłe izby, jak i komnaty reprezentacyjne, czy - ku zadowoleniu Bartka - piwniczki na wino, lecz - ku jego rozczarowaniu - niestety puste. 


W Gori natomiast zwiedziliśmy Muzeum Stalina, ponieważ w tym właśnie miejscu się urodził. Muzeum zostało zbudowane tuż obok kamienicy, w której mieszkał przez kilka pierwszych lat życia. Zabawne, że budynek Muzeum jest ogromny niczym katedra, natomiast zachowane miejsce urodzin dyktatora to tak naprawdę jedna, mała izba. Całe Muzeum jest poświęcone jego osobie, co znaczy, że prawie nie znajdziemy tam informacji dotyczących np. ofiar jego terroru. To Muzeum powstało za jego życia, ku chwale wielkiego wodza urodzonego w tym mieście. Miało zostać zamknięte po wyzwoleniu się spod władzy radzieckiej, ale mieszkańcy miasta nie zgodzili się na to. Pełne propagandy i "miłości" do dyktatora przypomina o czasach słusznie minionych. Gori było też granicą wojny z Rosją w 2008 roku, więc w Muzeum znalazła się również izba poświęcona tym wydarzeniom.

Twierdza Rabati


Tego popołudnia w Gori nie mieliśmy pomysłu dokąd dalej się wybrać. Wiedzieliśmy, że chcemy zmierzać w stronę wybrzeża, żeby po kilku dniach zwiedzania móc odpocząć wśród fal i kamieni Morza Czarnego. Przeglądaliśmy leniwie przewodniki i w jednym z nich (tylko jednym z czterech!) znaleźliśmy wzmiankę o Achalciche - niewielkim mieście położonym 130 km dalej na zachód, tuż przy tureckiej granicy. Pojechaliśmy tam następnego dnia i zgodnie stwierdziliśmy, że choć to mało popularne miejsce i rzadko wymieniane w przewodnikach, to był to strzał w dziesiątkę. Nad tym miasteczkiem góruje bowiem XII-wieczna twierdza Rabati, zrekonstruowana w taki sposób, że naprawdę można się tam poczuć jak średniowieczna arabska księżniczka. Kompleks jest ogromny i bardzo ciekawy, można tam zobaczyć meczet, łaźnie, kościół, domy i fortyfikacje. Całość wygląda jak wyjęta wprost z baśni tysiąca i jednej nocy.



Batumi, ech Batumi...
Ali i Nino

Wieża alfabetu

Kolejnych kilka dni spędziliśmy w Batumi. Tutaj - wbrew pozorom - nie ma dużo do opowiadania. To największy kurort Gruzji i jedno z największych miast w kraju. Jednak jeśli ktoś chce spędzić wspaniałe wakacje nad ciepłym morzem, pod palmami, to nie jest to najlepszy wybór. Palmy owszem są, morze też, plaże kamieniste, lecz całkiem przyjemne, za to z ciepłem bywa bardzo różnie. Spędziliśmy tam 3,5 dnia, z czego przez dwa z nich lało. Jeden dzień udało nam się spędzić na plaży (i spalić się słońcem mimo SPF 30), a w pozostałe odwiedzaliśmy muzea, cerkwie i po prostu odpoczywaliśmy (w końcu od tego są wakacje). Największą atrakcją Batumi, oprócz Morza, jest delfinarium (do którego z góry założyliśmy, że nie pójdziemy ze względu na przekonania etyczne), promenada nadmorska - naprawdę ładna, z rosnącymi wzdłuż niej palmami i przestronna, wieczorne pokazy tańczących fontann - bardzo spektakularne oraz ruchoma rzeźba - "Ali i Nino" i wieża gruzińskiego alfabetu. Być może czujecie mój brak entuzjazmu, gdy piszę o tym miejscu, ale to było dla nas po prostu miejsce wypoczynkowe, więc nie mam dla Was nic ekscytującego. Jednym z bardziej interesujących miejsc był targ przypraw, na który natknęliśmy się pewnego deszczowego dnia i wyszliśmy stamtąd obładowani aromatycznymi sosami, prawdziwym sokiem z granatów i domowym winem w plastikowej butelce.


Magiczne balkony Tbilisi

Termy - dzięki nim powstało to wspaniałe miasto




Ostatnie dwa dni spędziliśmy znów w Tbilisi. Tym razem wybraliśmy się na stare miasto - urzekające wschodnim urokiem, przedziwnymi termami i balkonami jak z bajki. W tym miejscu naprawdę można się zakochać. Poszliśmy również zobaczyć z bliska Matkę Gruzję (czy też Matkę Gruzinów), górujący nad miastem posąg kobiety trzymającej w jednej ręce puchar z winem (dla przyjaciół), a w drugiej miecz (na wrogów). Wybraliśmy się też na tzw. Suchy Most, który jest wielkim targiem pełnym pięknych lub zupełnie zwyczajnych różności. Można tam zaopatrzyć się w ciekawe pamiątki, takie jak gliniane wazony i karafki, drewniane utensylia kuchenne, biżuterię, ręcznie malowane obrazy, filcowe laleczki przedstawiające Gruzinki i Gruzinów w strojach ludowych i masę innych rzeczy. Miejscem, które bardzo chciałam zobaczyć był zegar stojący przy Teatrze Lalek. Nie było łatwo do niego trafić, bo akurat na naszej mapie nie był zaznaczony, ale po godzinnym błądzeniu wśród ciasnych, ale uroczych uliczek wreszcie się udało. Ten zegar to wytwór naprawdę złożonej wyobraźni autora, ale tworzy piękny obrazek w połączeniu z otaczającymi go kamieniczkami.

Zegar przy Teatrze Lalek

No ale ogólnie to jak było - zapytacie. No cóż, było... dokładnie tak, jak sobie wyobrażaliśmy, czyli ciepło, egzotycznie, wschodnio i pięknie, a nawet więcej, bo na dodatek było bardzo przyjaźnie i miło, dzięki wspaniałym Gruzinom spotykanym na każdym kroku. Ludzie, ich kultura i zwyczaje zrobiły na nas równie duże wrażenie jak przyroda i zabytki tego kraju. Choć nie jest to tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać...

Ogólnie rzecz biorąc Gruzja przypomina Polskę lat 90-tych. To dość mocno doświadczony kraj (ostatnie wydarzenia wojenne działy się w 2008 roku, kiedy Rosja chciała odebrać im część terytorium), więc zwyczajne ulice czy małe miejscowości przypominają czasem skrzyżowanie placu budowy z wieczną prowizorką. Na każdym kroku możemy spotkać małe, uliczne kramiki, czyli kawałek koca z rozłożonymi na nim dobrami czy sklecone z kilku desek półki na koszyki z warzywami i chroniące je przed słońcem krzywe parasole. Wiem, nie brzmi to zachęcająco, ale uwierzcie, że nawet w tym jest jakiś urok, zwłaszcza że przypomina czasy naszego dzieciństwa (a nawet wcześniejsze). Widać jednak, że kraj dość energicznie się rozwija, po części dzięki turystom i dla turystów. Centra miast są naprawdę zadbane i często nowoczesne, z wieżowcami ze szkła i metalu czy zadbanymi ulicami i deptakami. Połączenie "starego" i "nowego" daje piękny efekt i dla nas doświadczanie obu stron tego kraju było ciekawym przeżyciem. Osobiście jestem zakochana w Tbilisi i tylko w tym mieście spokojnie można byłoby spędzić tydzień ciągle mając coś do zwiedzania i nie nudząc się. W czasie tej podróży zobaczyliśmy całkiem spory kawałek kraju i ogrom pięknych krajobrazów, wspaniałe budowle, poczuliśmy trochę klimat wschodu, który w Gruzji jest nietypowy, bo jest połączeniem wielu kultur. To chrześcijański kraj, w którym bardzo mocno odczuwa się bliskość krajów arabskich, przede wszystkim w architekturze i kulturze. To niewielkie państwo jest tak bogate, że nawet trudno je opisać słowami. Dlatego na dziś już chyba wystarczy, a następnym razem chętnie opiszę Wam jedną z największych wartości tego kraju - wspaniałych ludzi i ich kulturę. To oni sprawili, że cały mój przedwyjazdowy stres minął jak ręką odjął i mimo, że wybraliśmy się do kraju, w którym nie mogliśmy się porozumieć wspólnym językiem z 99% mieszkańców, bez planu, przewodnika i zarezerwowanych hoteli, to nawet przez sekundę nie przeszło mi przez myśl, że coś pójdzie nie tak. Do napisania!


1 komentarz:

Drogi Czytelniku, będzie mi bardzo miło, jeśli skomentujesz mój tekst. Nawet jeśli się ze mną nie zgadzasz. Jeśli tak jest - bardzo chętnie przeczytam o Twoim punkcie widzenia, ale nie obrażaj, nie mów, że jestem głupia, uderzyłam się w głowę albo rodzice mnie nie kochali.
Enjoy :)